Waszyngton po raz kolejny podkręca retorykę handlową, grożąc Unii Europejskiej nowymi restrykcjami taryfowymi. Reaguje jednak zupełnie inaczej niż jeszcze rok temu – zamiast nerwowych odwetów czy publicznych przepychanek z Donaldem Trumpem, unijni urzędnicy wybierają chłodną kalkulację i strategię unikania dyktowania przez USA politycznego kalendarza.
Najnowsze napięcia wywołały groźby Waszyngtonu dotyczące wszczęcia dochodzenia handlowego w odpowiedzi na wielomilionową grzywnę, jaką Komisja Europejska nałożyła na Google, a także trwający spór o regulacje cen leków w Europie. Unia podchodzi do tych zapowiedzi z uderzającym spokojem. Pokazuje to, że 27 państw członkowskich uodporniło się na presję i lepiej radzi sobie z amerykańskimi zagrywkami.
W ubiegłych miesiącach europejscy liderzy przekonali się, że wspólny sprzeciw wobec amerykańskiej polityki bywa skuteczny, a wewnętrzne problemy administracji USA – od potknięć w Sądzie Najwyższym po spadające wyniki sondażowe przed wyborami połówkowymi – osłabiają pozycję Białego Domu. Z tego powodu Bruksela chętnie gra na zwłokę.
Jak wskazują unijni eksperci, kluczem jest unikanie wiążących politycznie starć i przenoszenie wszelkich sporów na poziom techniczny. Zamiast medialnych konfrontacji, urzędnicy stawiają na merytoryczne rozmowy i komitety dialogu. Choć Waszyngton nadal bada m.in. niemiecką politykę lekową oraz sektor cyfrowy, procesy te zajmą miesiące, dając Europie przestrzeń na ochronę własnej suwerenności bez ulegania presji.