Rola europejskiego lidera wiąże się dziś z ogromną presją. W czwartek uwaga Brukseli skupi się na wypracowaniu mechanizmów obronnych przed ekspansją gospodarczą Chin. Z kolei w piątek przywódcy przejdą do tradycyjnej, burzliwej debaty o finansach – czyli o tym, kto i ile włoży do wspólnego koszyka. Te dwa punkty programu idealnie odzwierciedlają kryzys tożsamościowy, w jakim Wspólnota znalazła się w obecnym momencie dziejowym. Presja globalna wymusza na Europie walkę o przetrwanie na arenie międzynarodowej, podczas gdy wewnętrzne sukcesy partii populistycznych drastycznie ograniczają decydentom pole manewru.
Szefowa Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen, trafnie zdiagnozowała sytuację, wskazując na postępującą fragmentację geopolityczną oraz rewolucję technologiczną. Słowa te padły tuż przed dyplomatycznym maratonem, który po spotkaniu G7 we Francji przeniósł się bezpośrednio do stolicy Belgii. O ile jednak światowi liderzy w Evian skupiali się na gaszeniu najgroźniejszych pożarów – konfliktów na Ukrainie i Bliskim Wschodzie oraz restrykcjach wobec Moskwy – o tyle brukselskie spotkanie ma dać przywódcom szansę na spojrzenie na sytuację z szerszej perspektywy. Jako ostatnie spotkanie przed letnim odpoczynkiem, szczyt ten ma na celu przełamanie impasu w relacjach handlowych z Pekinem oraz tchnięcie nowego życia w zablokowane negocjacje nad siedmioletnimi ramami finansowymi.
Dla polityków takich jak Emmanuel Macron, Friedrich Merz czy Giorgia Meloni to rzadki moment na dyskusję o charakterze stricte strategicznym. Długofalowy spadek znaczenia gospodarczego Europy jest faktem, który jednak zbyt często ustępuje miejsca bieżącym kryzysom. Choć nowa perspektywa budżetowa zacznie obowiązywać dopiero od 2028 roku, wypracowanie konsensusu między 27 stolicami, a następnie z Parlamentem Europejskim, zawsze graniczy z cudem i wymaga silnego impulsu z samej góry.
Zarysowanie unijnych obozów
Na tym tle unijne rządy wyraźnie podzieliły się na dwa zwalczające się ugrupowania. Choć ochrona konkurencyjności i podział gigantycznych środków budżetowych (opiewających na blisko 2 biliony euro) mogą wydawać się tematami z zupełnie innych parafii, linie podziału w Radzie przebiegają niemal identycznie. Północ i zachód kontynentu tradycyjnie dążą do uszczuplenia wydatków. Dawniej określani mianem „oszczędnych”, dziś wolą nazywać się „przyjaciółmi modernizacji”, co ma podkreślać ich chęć przesunięcia akcentów na nowe cele. Z kolei południe i wschód Europy, czyli „przyjaciele spójności”, walczą o jak największą pulę i ochronę tradycyjnych subsydiów rolniczych oraz funduszy regionalnych.
Dla pierwszego obozu, reprezentowanego m.in. przez Niemcy, Szwecję czy Holandię, dynamiczny wzrost Chin, agresja Rosji oraz transakcyjne podejście Donalda Trumpa zmieniły reguły gry. Ich zdaniem Stary Kontynent traci grunt pod nogami – azjatyccy producenci zdominowali sektory będące dotychczas dumą Europy, od motoryzacji po zielone technologie. Równolegle Waszyngton poprzez agresywną politykę celną i dotacje wysysa inwestycje z Europy. W tej sytuacji dotychczasowe ramy finansowe wydają się archaiczne i nieadekwatne do realiów niestabilnego świata.
Spór o priorytety wydatkowe
To właśnie lęk przed zakorzenieniem się w przeszłości napędza presję na reformę finansów. Kraje zamożniejsze uważają, że utrzymywanie ogromnych transferów na rolnictwo i wyrównywanie szans w regionach blokuje środki niezbędne na obronność, innowacje oraz suwerenność energetyczną. Argumentacja ta trafia jednak na silny opór zwolenników polityki spójności. Przekonują oni, że tradycyjne fundusze można elastycznie dostosować do nowych wyzwań, a rolnictwo i regiony już teraz poniosły ogromne straty w dotychczasowych propozycjach Komisji Europejskiej. Włoski minister ds. europejskich wprost alarmował, że tradycyjne filary nie są dostatecznie chronione, wskazując na drastyczny spadek ich udziału w strukturze wydatków.
Geopolityczna ślepota stolic?
Piątkowe rozmowy będą papierkiem lakmusowym dla nowego planu finansowego. Dyplomaci z państw szukających kompromisu wytykają niektórym stolicom brak realizmu i mentalne tkwienie w realiach z 2008 roku. Podkreślają, że czas skończyć z budowaniem wyłącznie lokalnych dróg i mostów, a zacząć inwestować w ochronę granic i bezpieczeństwo militarne. Frustracja narasta, ponieważ kolejne szczyty przynoszą piękne deklaracje o suwerenności strategicznej, które natychmiast rozbijają się o obronę partykularnych interesów przy stole budżetowym. Krytyka spadła m.in. na kompromisową propozycję Cypru, która zakładała cięcia głównie w obszarach innowacji przemysłowych, zamiast zredukować pule regionalne.
Klamra polityki krajowej
Rozdźwięk między globalnymi ambicjami a rzeczywistością budżetową ma swoje głębokie podłoże w polityce wewnętrznej państw członkowskich. Przywódcy wracający do swoich krajów muszą wytłumaczyć wyborcom, dlaczego mają wpłacać do Brukseli więcej, niż z niej wyciągają. Wzrost siły ugrupowań nacjonalistycznych i skrajnie prawicowych sprawia, że jakikolwiek gest hojności wobec unijnej centrali staje się politycznym samobójstwem. Populiści tylko czekają na pretekst, by ogłosić, że pieniądze podatników są marnotrawione przez brukselskie elity na luksusy, podczas gdy obywatele ponoszą koszty globalnych transformacji.