Od 1 czerwca w Unii Europejskiej weszły w życie przepisy tymczasowo znoszące cła na wybrane komponenty azotowe, takie jak amoniak czy mocznik. Choć decyzja ta teoretycznie mogłaby uderzyć w pozycję Grupy Azoty – drugiego największego producenta tych substancji na Starym Kontynencie – krajowy gigant podchodzi do sytuacji z dużym spokojem. Wprowadzone na rok preferencje celne mają przede wszystkim ustabilizować unijny rynek rolny, mocno dotknięty globalnymi zawirowaniami cenowymi.
Bezpośrednim impulsem do działania dla Brukseli był drastyczny skok cen, wywołany paraliżem transportowym w strategicznej cieśninie Ormuz, przez którą przechodzi blisko jedna trzecia światowego handlu nawozami. Jak podkreślił cypryjski minister finansów, Makis Kerawnos, nowe regulacje mają zagwarantować europejskim gospodarzom stabilne dostawy w rozsądnych cenach, co finalnie przełoży się na korzyści dla konsumentów.
Dla kondycji finansowej Grupy Azoty kluczowy jest jednak fakt, że nowe przepisy nie oznaczają pełnego otwarcia granic. Unijna administracja utrzymała dotychczasowe obostrzenia celne wobec Rosji i Białorusi – odpowiednio za agresję na Ukrainę oraz łamanie praw człowieka i wspieranie działań wojennych. Prezes polskiej spółki, Marcin Celejewski, potwierdził, że ten zapis skutecznie chroni interesy firmy przed nieuczciwą konkurencją ze Wschodu.
Eksperci rynkowi zwracają również uwagę, że otwarcie europejskiego rynku nie wywoła nagłego tąpnięcia cenowego. Przez wzgląd na ograniczenia logistyczne w rejonie Bliskiego Wschodu, dostępność nawozów na świecie jest wciąż mocno limitowana. W efekcie nowe prawo może jedynie zapobiec dalszym niedoborom, podczas gdy ceny nawozów prawdopodobnie utrzymają się na dotychczasowym, wysokim poziomie.